Nie opuszczaj mnie

„Nie opuszczaj mnie” to ciekawa, niepokojąca i przejmująca opowieść o miłości i zazdrości. Na pierwszy rzut oka to zwyczajna historia przyjaciół, którzy dorastają razem i zakochują się. Jednak pod podszewką rozgrywają się dużo bardziej mroczne, tragiczne i prowokujące do myślenia wydarzenia – do tego z gatunku science fiction.

Fabuła filmu osadzona jest w latach 80-tych w Anglii, a świat w nim przedstawiony przypomina współczesny. To jednak nie jest nasz świat i trudno mi było w pełni zrozumieć charakterystykę bohaterów żyjących w realiach, których nie znam i nie rozumiem. Jednak twórcy postarali się, aby historia przykuwała uwagę widza, zaciekawiła i trzymała w napięciu od początku do końca.

Zdjęcia do filmu są niesamowite – ponura Anglia wygląda w filmie spektakularnie, choć czuć typowy klimat wilgoci i zimna. Obsada została świetnie dobrana – dzieciaki odgrywające młodsze wersje postaci przejętych później przez Keirę Knightley, Carey Mulligan i Andrew Garfielda wyglądali i brzmieli dokładnie jak starsi aktorzy, a także poradzili sobie z trudnymi początkami zawiązania akcji. Zgadzam się z wieloma opiniami, które wypunktowały rolę Garfielda – aktor naprawdę mocno się wyróżniał, a jego bohater silnie mną poruszył.

Polecam „Nie opuszczaj mnie” ze względu na wysoką jakość wykonania. Elementy sci-fi są tu subtelne, więc efekt końcowy przypomina raczej melodramat, ale jest wystarczająco ciekawy, aby zatrzymać przed ekranem fanów wielu gatunków.

Pozwól mi wejść

Nie jestem wielką fanką horrorów, jednak ten film był czymś o wiele więcej. Od pewnego czasu kinematografia cierpi z powodu przesytu filmów o wampirach, jednak takie filmy jak „Wpuść mnie” przypominają, że można nakręcić w tym temacie coś naprawdę dobrego. Kodi Smit-McPhee i Chloe Moretz byli naprawdę fenomenalni – ich bohaterowie są wrażliwi, subtelni, momentami wzruszający lub dojrzali i wyciszeni. Napięcie między nimi jest prawdziwe i wyczuwalne, a widz zastanawia się, czy obchodzą ich w ogóle kwestie moralności, dobra i zła, wartościowania ich czynów. To nie jest kolejny film traktujący o tym, czy bohaterowie są właściwie dobrzy czy źli, a nawet nie o tym, czy wampiryzm i morderstwo są usprawiedliwione, jeśli potworem jest urocza 12-latka. W przeciwieństwie do większości horrorów, „Wpuść mnie” daje do myślenia.

Dużym atutem filmu jest także ścieżka dźwiękowa, która momentami jest bajecznie łagodna, by za chwilę potęgować napięcie. Zdjęcia są w zależności od scen proste i piękne lub artystycznie powalające. Naprawdę warto.

Jestem Bogiem

Tabletka, po której człowiek robi się mądry to faktycznie interesujący pomysł na film, ale jeszcze bardziej interesujące było jego wykonanie. To nie jest zwykły thriller – reżyser dołożył wszelkich starań, aby film był maksymalnie ekscytujący. Udało mu się i film jest nomen omen boski! W fabule są wprawdzie dziury, których twórcy nie załatali, ale i tak warto obejrzeć.

Fabuła opowiada o tabletce stymulującej umysł. Intrygujące jest jednak nie samo jej działanie, ale efekty uboczne towarzyszące jej zażyciu. To całkiem zabawne, biorąc pod uwagę to, co spotkało pioniera w tej dziedzinie, ale luki i niedociągnięcia psują trochę rozrywkę. Neil Burger postarał się jednak, aby „Jestem bogiem” mimo niedociągnięć był niedorzecznie zabawny, z wartką akcją i ciekawymi ujęciami. Również ścieżka dźwiękowa doskonale pasuje do filmu. Aktorzy poradzili sobie z rolami bez większych problemów. Bradley Cooper jest dobry, jednak poważne sceny, jak płaczu czy przerażenia musi jeszcze dopracować. Robert de Niro pojawia się kilka razy i po prostu jest sobą.

Podsumowując film jest zabawny i ciekawy. Jest także nowatorski, zarówno od strony fabularnej, jak i technicznej. Intrygujący, z wartką akcją – czego więcej chcieć od rozrywkowego kina?

Niepokonani

Każda osoba zaznajomiona z niesamowitym dorobkiem Petera Weira – zwłaszcza z jego wcześniejszymi, australijskimi filmami – wie, że kolejna produkcja sygnowana jego nazwiskiem to wielkie wydarzenie. Właściwie wszystkie dzieła Weira są – jeśli nie doskonałe, to przynajmniej godne uwagi.

„Niepokonani” to moim zdaniem prawdopodobnie najlepszy film tego reżysera. Epicka, trwająca ponad dwie godziny opowieść o podróży z sowieckiego gułagu na Syberii do zielonych wzgórz Indii zapiera dech w piersiach. Film jest przepięknie nakręcony, a aktorstwo utrzymane na najwyższym poziomie. Akcja nie jest zbyt spieszna, aby widz mógł się rozkoszować pięknem ukazanych krajobrazów.

Reżyser od dłuższego czasu planował nakręcenie tego filmu. Fabuła opiera się na wspomnieniach polskiego oficera, który uciekł z gułagu wraz z siedmioma towarzyszami, a po wielu latach, mieszkając w Anglii, opublikował swoją historię. Weir nakręcił wierną adaptację, w której zadbał o wszelkie szczegóły, na czele z bardzo „amerykańską” postacią „Pana Smitha”, graną przez Eda Harrisa. Autentyczność historii opisanej w książce kwestionowano, jednak nie miało to wpływu na dzieło Weira.

Harris jak zwykle stanął na wysokości zadania, podobnie jak Colin Farrel w roli rosyjskiego zbira, jednak to Jim Sturgess w roli polskiego przywódcy wyprawy zagrał najbardziej brawurowo. Wielkie brawa dla aktorów, autora zdjęć, a przede wszystkim – dla Petera Weira.

Do szpiku kości

Ten szokujący film oferuje widzowi naprawdę wiele. Rozpoczyna się w sposób prosty niepozorny, kończy pięknymi motywami roślinnymi i przykuwa uwagę od początku do końca.

Film jest oparty na powieści o tym samym tytule, której fabuła skupia się na losach 17-latki szukającej zaginionego ojca. Historia wydaje się oklepana, jednak wcale taka nie jest. Twórcy postawili na niezwykle nowatorskie pomysły i sytuacje. Bohaterowie i klimat przypominają filmy noir, a fabuła rozwija się w bardzo ciekawy sposób. Aktorzy wtopili się w swoje postaci tak silnie, że w każdej sekundzie są maksymalnie wiarygodni.

Debra Granik jako scenarzystka i reżyserka spisała się doskonale. Jej wizja zaowocowała historią spójną, a jednocześnie niezwykle klimatyczną. Świat pokazany w filmie nie był mi wcześniej znany, jednak po seansie nie mogę przestać myśleć nad życiem, jakie wiedli bohaterowie. I jak bardzo różni się ono od tego, które ja prowadzę. „Do szpiku kości” to film dla osoby w każdym wieku. Na pewno wyjdziecie z kina usatysfakcjonowani.

Dla niej wszystko

Russell Crowe to aktor, na którym można polegać. Jego kreacje są na tyle inteligentne i zuchwałe, żeby obronić się nawet w takim filmie, jak ten. Publiczność i krytyka robią się obecnie coraz bardziej wymagający i oczekują mądrzejszych, spójniejszych filmów, jednak na filmie tak zwariowanym i wartkim jak „Dla niej wszystko” nadal można bawić się świetnie. Tutaj bohater po prostu musi pokonać przeciwności i w ten lub inny sposób uratować się – albo zginąć. Dzięki reżyserskiemu talentowi Haggisa i świetnej grze Crowe’a zyskujemy dwie godziny niewymagającej, lecz emocjonującej akcji, w której główny bohater uchyla się przed kulami, a my trzymamy kciuki obgryzając z nerwów paznokcie.

Główny powód, dla którego ten film się broni, to Russel Crowe. Aktor w pełni wcielił się w bohatera, który jest w pełni poświęcony rodzinie i zrobi dla niej wszystko. Nie ma tu wprowadzenia w akcję, wszystko rusza niczym lawina. Sceny początkowe zasiewają jedynie w umyśle widza ziarenko wątpliwości, jednak to tylko pomaga napędzać poczucie rozpaczy i smutku, budując atmosferę zagrożenia, w której porusza się bohater.

Krok po kroku śledzimy poczynania głównego bohatera – nauczyciela, który ściga się z czasem, aby ratować żonę. Wkrótce musi stawić czoło zbirom i podejrzliwym policjantom. Jego relacje z rodziną są napięte, a wszystkim nowym kontaktom zagraża przeszłość żony. Skupienie się na tych intymnych, osobistych momentach z życia bohatera sprawia, że widz identyfikuje się z nim, nawet jeśli podejmuje dziwne decyzje.

Seans na pewno nie grozi nudą – krąg zacieśnia się, a bohater czuje, że może nie dać rady wypełnić swojej misji. Crowe’a wspierają inne aktorskie sławy: Brian Dennehy, Liam Nelson i Jason Beghe. To naprawdę dobre, rozrywkowe kino.

Thor

Pierwszy hit 2011 roku może okazać się najlepszym. Z pewnością jego twórcy wysoko postawili poprzeczkę.

„Thor” to ekscytująca i świetnie wykonana adaptacja komiksu. Od czasów „Władcy Pierścieni” (tak, nie boję się tego powiedzieć) nie ukazało się nic równie dobrego. Wszyscy zaangażowani w produkcję powinni być dumni ze swojego dzieła, bo z pewnością niewiele tegorocznych produkcji mu dorówna. Twórcy odnaleźli idealny środek pomiędzy spektakularnymi scenami oraz twardym charakterem i pasją, a główny bohater jest przy tym niezwykle ludzki. Zapierające dech w piersiach efekty specjalnie idą w parze z inteligentną i trzymającą w napięciu fabułą. Z kolei aktorzy naprawdę tchnęli życie w odgrywane postaci. „Thor” jest zachwycającym przykładem perfekcyjnie zrobionego filmu o superbohaterze. W niektórych momentach dosłownie wbijało mnie w fotel. Co ważne, mimo powalającej strony technicznej, film ma także głębię, której trudno oczekiwać po kinie z tego gatunku.

„Thor” bardzo przypadł mi do gustu i przekroczył moje oczekiwania. To jak dotąd najlepszy film przygodowy, jaki widziałem od lat. Niewiele jest filmów, w których bohater przechodzi taką przemianę, a jednocześnie bogatych w akcję i głębię.

Autor widmo

Poszłam na ten film nie mając pojęcia, o czym jest. To moja stała taktyka. Wiedziałam tylko, że w filmie gra Ewan McGregor i to była dla mnie wystarczająca rekomendacja. Od początku rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy – zdjęcia i muzyka. Zdjęcia były przepiękne, scenografia zapierała dech w piersiach. Wszystko było zaplanowane, przemyślane i zamierzone. Również otwierająca film ścieżka dźwiękowa pozwalała sądzić, że to nie będzie kolejna papka dla mas, płytki i przewidywalny thriller bez polotu.

Nie zdradzając sekretów fabuły warto wspomnieć, że bohaterowie są niezwykle złożeni i bogaci wewnętrznie, można o nich długo rozmawiać. Do sceny końcowej nie zdawałam sobie sprawy, że odnośnie postaci głównego bohatera nie padła żadna wyjaśniająca jego tajemnice wskazówka ani sugestia. Wielokrotnie próbowałam przypomnieć sobie choćby jego imię. Z kolei postać Ruth jest zupełnie inna, fascynująca i budząca ciekawość. Twórcy powołali do życia wspaniałych bohaterów.

Zdecydowanie polecam ten film każdemu, kto jest otwarty na inteligentne, ale nie przekombinowane kino. „Autor widmo” nie mąci w głowie, jak to robiła “Wyspa tajemnic”, ale daje do myślenia i prowadzi widza przez seans, dając mu jednocześnie wolną rękę.

Szybcy i wściekli 5

Osobiście jestem fanem serii „Szybkich i wściekłych” od premiery jej pierwszej odsłony. Gdy tylko dowiedziałem się, że ruszyły zdjęcia do piątej części, zacząłem polować na wejściówkę na pokaz przedpremierowy. Udało mi się i nie rozczarowałem się. „Szybcy i wściekli 5” zawiera to wszystko, co uwielbiam w tego typu kinie: szybkie auta, piękne kobiety i sceny akcji wbijające w fotel. Bez względu na to, czy jesteś fanem serii, czy nowicjuszem – musisz zobaczyć ten film. To jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem od dłuższego czasu. Udało mu się nawet wymazać niesmak, jaki pozostał mi po „Tokyo Drift”. Polecam zdecydowanie!

Blue Valentine

Bez względu na to, jak wiele filmów nakręcono by w 2010 r., „Blue Valentine” prezentuje bez wątpienia najlepsze aktorskie kreacje roku – Ryana Goslinga i Michelle Williams. Gosling daje pokaz umiejętności najwyższej klasy, wypowiadając swoje kwestie w agresywny, buńczuczny sposób, przypominając nieco postać odgrywaną przez De Niro we „Wściekłym byku”. Wcielając się w młodszą wersję takiego bohatera, kanalizuje w swoje postaci urok, romantyzm i nonszalancję podobnie jak Paul Newman w latach 60-tych. Z kolei Williams, która niedawno zyskała opinię najlepszej aktorki amerykańskiej w okolicach 30-tki, tworzy kreację przywodzącą na myśl współpracę Geny Rowlands z Cassavettesem. A przy tym żadne z aktorów nie naśladuje, nie powtarza utartych chwytów – są w 100% szczerzy i tworzą coś zupełnie nowego, swojego. Można ich postawić w jednym szeregu z największymi sławami. Dzięki nim film wydał mi się wiarygodny, namacalny, uderzył w najczulszą strunę gdzieś w głębi mnie.

Przedstawiona w filmie historia nie jest wydumana – to jedna z najpowszechniejszych przyczyn dramatów życiowych. Mimo to „Blue Valentine” unika schematów, podejmując temat z klasą i ciekawym spojrzeniem niejako od wewnątrz. Brak kontekstu łączącego poszczególne sceny przykuwa uwagę, a widz może wypełniać zamierzone luki swoimi własnymi doświadczeniami, dzięki czemu film zyskuje na uniwersalności. W dobrych i złych momentach życia dostrzegamy własne zwycięstwa i porażki w miłości. Twórcy uchwycili szczęśliwe wzloty i niszczące upadki związku lepiej niż kiedykolwiek. Williams tańcząca do śpiewu Goslinga, rozmowa na moście, scena w gabinecie lekarza… Osiągnięto tutaj ten rzadki w dzisiejszym kinie wymiar transcendencji. Twórcy nie piszą już dziś takich scen ani nie dają aktorom takich ról.

„Blue Valentine” jest wyraźnie filmem zrobionym z miłości do kina i swojej pracy. To jeden z najlepszych amerykańskich filmów, jakie widziałem w tym roku.