Zapaśnik

„Zapaśnik” to w dużym skrócie dramat skoncentrowany wokół historii starzejącego się zapaśnika, który najlepsze lata ma już za sobą. Film jest jednak znacznie bardziej złożony, a widz nie musi być fanem zapasów, aby się nim zachwycić. Zapasy stanowią tu bowiem wyłącznie tło dla właściwych wydarzeń. Randy „The Ram” mógł równie dobrze wykonywać każdy inny zawód i znaleźć się w podobnej sytuacji. To po prostu samotny facet w średnim wieku, który czuje, że ominęło go wszystko co najlepsze w życiu. Jest zapaśnikiem, ale to on potrzebuje zapasów, raczej niż zapasy jego. Chce się czuć kimś ważny, czuć, że jest kimś. Nie ma żony, jedynie córkę, którą całe życie zaniedbywał. Jest smutny i samotny, a widz naprawdę zaczyna mu współczuć.

Jedyną bliższą relację Randy nawiązuje ze swoją przyjaciółką – striptizerką (w tej roli Marisa Tomei), która znajduje się w bardzo podobnej sytuacji. Jak on jest w średnim wieku i wykonuje zawód, w którym nie ma co liczyć na zrozumienie. Randy dodatkowo jeszcze zmaga się z problemami zdrowotnymi, które rzutują na jego karierę, a w międzyczasie stara się odbudować relację z porzuconą córką. Sceny z Evan Rachel Wood, która ją odgrywa, są naprawdę wzruszające i wspaniale nakręcone. A główny bohater grany przez Rourke’a to jedna z najlepszych kreacji ostatnich lat. On nie gra, on wciela się w postać na ekranie. To niesamowite oglądać tak wspaniałą rolę – aktor w pełni zasłużył na wszystkie otrzymane pochwały i nagrody.

Reżyser zapaśnika – Darren Aronofsky, który wyreżyserował niezapomniane „Requiem dla snu”, wykonał świetną robotę. Zrobił swój film w świetnym stylu, w sposób niezwykle szczery i poruszający. Film odnosi się także z dużym szacunkiem do branży zapasów i samych zapaśników, a reżyser oczekuje tego samego od widza. Polecam z czystym sumieniem!

Aż poleje się krew

PT Anderson swoim najnowszym filmem daje najlepszy jak dotąd pokaz swojego talentu reżyserskiego. W przeciwieństwie do „Magnolii”, rozwój akcji „Aż poleje się krew” nie zniechęca i nie nudzi. Aktorstwo jest bardzo dobre, w tym także role dziecięcych aktorów. Daniel Day-Lewis stworzył fenomenalną kreację, doskonale przekazując emocje takie jak chciwość, strach, szaleństwo, a momentami bawiąc widza. Wstawki czasowe nie rozpraszają wcale, a momentami są cenne, bo przybliżają detale historyczne. Jednak w przypadku „Aż poleje się krew” to interakcje międzyludzkie są osią filmu. Muzyka autorstwa Johnny’ego Greenwooda jest bardzo przejmująca, a jednocześnie elegancka i minimalistyczna, podobna do tej, jaką wykonuje w zespole Radiohead. Zdjęcia są również spektakularne – Robert Elswit przepięknie uchwycił środowisko oraz napięcia między bohaterami. Koniec końców, „Aż poleje się krew” jest perfekcyjnie wykonanym filmem.

Amores perros

Ten meksykański film był zaskakująco dobry. Przyznaję się bez bicia do pewnych uprzedzeń dotyczących meksykańskiego kina, choć to właściwie może drugi meksykański film, jaki widziałem. „Amores Perros” to dzieło bardzo utalentowanego reżysera i miejmy nadzieję, że z powodu sukcesu woda sodowa nie uderzy mu do głowy.

Film składa się z trzech różnych historii osadzonych we współczesnym Meksyku, połączonych ze sobą wspólnymi elementami. Bohaterowie należą do różnych klas społecznych i na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że są nieszczęśliwi i mają… psy. Psy grają we wszystkich trzech historiach znaczącą rolę. Jedno ostrzeżenie – film zawiera sceny okrucieństwa, w tym walki psów i zdecydowanie nie jest przeznaczony dla wrażliwych miłośników zwierząt.

Reżyseria jest świetna, historie są bardzo złożone, a jednocześnie ludzkie i mimo melodramatycznego czy tragicznego zakończenia pozostawiają widza z uczuciem cienia nadziei. „Amores Perros” zawiera wiele pamiętnych scen, które z przyjemnością bym opisał, jednak napiszę coś innego: idźcie i wypożyczcie lub obejrzyjcie ten film w kinie. Jest wart każdej ze 150 minut, które na niego poświęcicie.

Sekret jej oczu

„El Secreto de sus Ojos” ogromnie mnie poruszył. Nie spodziewałam się, że zrobi na mnie aż takie wrażenie, a jednak tak się stało. Postanowiłam więc napisać recenzję, aby zachęcić wszystkich poszukujących ciekawego kina.

Po pierwsze, Campanella doskonale dopracował wszystkie techniczne aspekty filmu. Rozpoczyna się efektem podwójnej ekspozycji, zestawionym z kilkoma smutnymi ujęciami pięknego Buenos Aires. Jedno z ujęć ze śmigłowca faktycznie zapiera dech w piersiach. Nie ma czego zazdrościć milionerom z Hollywood.

Jednak siła filmu nie leży w zdjęciach – bierze się z potężnej kontroli narracyjnej, jaką ma reżyser nad postaciami, przestrzeniami i ciszą. Wiele momentów w filmie poraża chłodnym napięciem, przeraża i bardzo porusza. Campanella odważnie przełamuje schematy i granice między gatunkami. Thrillery często są bardzo powtarzalne, a ten opiera się o delikatną równowagę psychiczną widza, którą naruszają mocne dialogi, aktorstwo i sceny.

Polecam ten film z całego serca, Argentyna może otworzyć swój rynek filmowy dzięki takim produkcjom. Obfituje on w sceny zapadające głęboko w pamięć, jest doskonale zrobiony i na pewno nieprędko o nim zapomnicie. Obejrzyjcie koniecznie!

To nie jest kraj dla starych ludzi

„Nie musisz tego robić” – to zdanie przewija się przez film, który nie do końca pasuje mi do typowych produkcji braci Coen. W „Fargo” bohater był dziwaczny, a sam film pełen groteskowych scen, jednak „To nie jest kraj dla starych ludzi” jest jednocześnie przygnębiający i pełen akcji. Tutaj wszystko dzieje się zrywami: akcja na początku, potem spokój, potem znów akcja. Tego typu konstrukcja sprawdziła się świetnie jeśli chodzi o trzymanie widza w napięciu. Przyczynił się do tego również Brolin, doskonały w roli głównej. Jones również spisał się świetnie w silnej roli drugoplanowej, jako zbliżający się do emerytury szeryf ubolewający nad koszmarem, który rozpętał się po znalezieniu torby z pieniędzmi.

Jednak prawdziwą perłą jest tu czarny charakter grany przez Javiera Bardema, który ma swoją własną definicję sprawiedliwości – brutalną i szaloną. Nawet ktoś, kto go zna, nie jest w stanie zatrzymać jego działań. Bardem, którego nie miałem przyjemności oglądać nigdy wcześniej, jest doskonały i w pełni zasłużył na otrzymanego Oscara. Jego obecność czuć nawet w scenach, w których nie ma go na ekranie. To coś, czego nie doświadczyłem w kinie od czasu „Trzeciego człowieka” Orsona Wellesa i stworzonego przez niego Harry’ego Lime’a.

Nie chcę psuć seansu, dlatego powiem tyle – to najlepsza współczesna historia z Dzikiego Zachodu jaką widziałem od czasu „Trzech pogrzebów Melquiadesa Estrady”, w którym zresztą również grał Tommy Lee Jones. Zauważalny był także brak silnej ścieżki dźwiękowej – twórcy uznali, że odgłos butów i pustynne krajobrazy wystarczą. Sprawiało to jednocześnie naturalne i niepokojące wrażenie.

Batman – Początek

Christopher Nolan wraz z obsadą dokonali tego, o czym nawet nie śniłem – stworzyli film o Batmanie tak dobry, jak wizja Burtona i Keatona i wymazali niechlubną historię ról Clooney’a, Kilmera i ekhm… O’Donnella.

Historia przedstawiona przez Nolana jest nie tylko świetna, ale i zgodna z komiksowym oryginałem, a przy tym świetnie wyważona. Po raz pierwszy oglądamy ważny etap, w którym Wayne uczy się tego, co potem pokazuje jako Batman, a także poznajemy jego związki z klanem tybetańskich ninja pod dowództwem Ra Al Ghula. Dowiadujemy się, jak Bruce wpadł na pomysł swojego symbolu, kostiumu, gadżetów, jaskini, samochodu… wszystko pasuje idealnie.

To nie wszystko – Liam Neeson jest świetny (nawet wtedy, gdy Lucas nie pisze mu dialogów), pierwszy szalony przeciwnik Batmana (Strach na Wróble) jest naprawdę przerażający, w czym pomagają mu doskonałe efekty specjalne. Gary Oldman świetnie sprawdza się w roli młodego Komisarza Gordona, a Morgan Freeman i Rutger Hauer tworzą świetne kreacje drugoplanowe w Wayne Enterprizes. Wyłącznie Katie Holmes nie wydawała mi się wystarczająco wiarygodna – nawet nie z powodu gry, ale jej nastoletniego wyglądu (wybacz, Kate). Christian Bale jak zwykle nie zawiódł moich oczekiwań, tworząc kolejną doskonałą kreację w swoim dorobku.

Sceny walk są niesamowite, gadżety Batmana wspaniałe, samochód niesamowity, fabuła wciągająca i trzymająca w napięciu, Gotham świetnie stworzone, a Batman przerażający i zabójczy. A sceny z nietoperzami wreszcie dowodzą, jak straszne potrafią być te zwierzęta.

W filmie są elementy humoru, ale nie jest ich wiele. Ścieżka dźwiękowa jest doskonała – wydaje się idealnie wtapiać w tło, a jednocześnie potęgować emocje danej sceny. Nareszcie powstał poważny i porządny film o Batmanie, który zadowoli fanów serii. Brawo, panie Nolan, świetna robota!

Upadek

Pierwsze 15 minut filmu sprawiło, że zastanawiałem się nad jego wartością. Przedstawione sytuacje były nieco wymuszone, a cięcia dziwne. Ale po niekomfortowym początku film rozkręcił się i trzymał równy poziom aż do końca.

Wydaje mi się, że decyzja o ukazaniu Hitlera jako człowieka skromnego i opanowanego była strzałem w dziesiątkę. Twórcy nie starali się narzucić widzowi żadnych poglądów – każdy może oceniać według własnego uznania. Zbyt często koszmar II wojny światowej zmuszał pisarzy i reżyserów do przedstawiania nazistów jako potworów. Tymczasem zupełnie normalni ludzie mogą być okrutni i bezlitośni, jeśli są zaślepieni (np. nienawiścią) – i o tym trzeba zawsze pamiętać.

W pewien sposób ludzki Hitler okazał się dla mnie bardziej winny, niż wściekły potwór. Miał wybór i wybrał źle. Mógł wybrać życie, ale wybrał zbrodnię i niszczenie. Stracił szacunek do życia innych osób i doprowadził kraj do ludobójstwa. Ostatecznie stracił szacunek do wszelkiego życia i zaczął poświęcać własnych żołnierzy. Właśnie za co cenię „Upadek” – za namacalnego, ludzkiego Hitlera.

Nakręcenie „Upadku” wymagało ogromnej odwagi, gdyż twórcy z pewnością wiedzieli, że film wywoła kontrowersje. To na pewno jeden z najlepszych filmów roku.

Labirynt fauna

„Labirynt fauna” to film z prostą fabułą, która składa się z kolejnych warstw inteligentnych przekazów i metafor. Chcąc powiedzieć cokolwiek więcej, zdradziłabym za dużo, a to zaburzyłoby cel mojej recenzji, poprzez którą chcę zachęcić innych do obejrzenia.

Niemałym wyczynem jest próba interpretacji fantasy jako produktu realnego świata, pokazanie reakcji dziecka na jej realne otoczenie i „drugi świat”, wprowadzenie metafor opisujących stan dorastania… Coś niesamowitego. Proste i jasne, a jednocześnie robiące ogromne wrażenie.

Tym, którzy uznają film za przewidywalny i nieciekawy, zadam pytanie – jak wiele nieprzewidywalnych filmów kręci się dzisiaj? Jeśli się zastanowić, to nawet „21 gram” było przewidywalne, a jednak niewątpliwie świetne. Nie chodzi o zakończenie, zawsze można je przewidzieć, jeśli ktoś interesuje się pisaniem scenariuszy, albo po prostu ma więcej zdrowego rozsądku i zdolności analitycznych od innych. Chodzi przecież o to, aby świetnie opowiedzieć historię.

Jestem wdzięczna za to, że nadal istnieją reżyserowie, którzy nie czują potrzeby wprowadzania zwrotu fabuły tylko dlatego, że tak się po prostu dzisiaj kręci filmy. „Labirynt Fauna” to świetna historia przyciągająca uwagę widza, a strona techniczna filmu jest temu podporządkowana. Twórcy nie mają poczucia „misji”, że ujęcia muszą być przekombinowane, aby mogły zostać uznane za dobre. Cieszę się także, że film nie posiada dubbingu. W oryginalnej wersji językowej ogląda się go o wiele lepiej, nawet jeśli trzeba polegać na napisach.

Miasto Boga

Fabuła filmu przybliża „Miasto Boga” – getto w brazylijskim Rio de Janeiro, przerażający świat rządzony przez dilerów narkotyków, w którym dzieci mordują się nawzajem.

Historia rozpoczyna się na początku lat 60-tych i skupia się na problemach takich jak skrajna bieda czy przeludnienie. W początkowym stadium getta widz poznaje głównych bohaterów oraz postaci drugoplanowe. Wydarzenia dotyczą przede wszystkich dwojga bohaterów – Rocketa oraz Lil Ze, którzy wybierają różne drogi. Rocket chce zostać fotografem i uciec z getta, a Lil Ze zostaje potężnym przywódcą ganku i handlarzem narkotyków.

Twórcy roztaczają przed widzem straszliwą wizję życia w piekle, przewrotnie nazwanym „Miastem Boga”, w którym rządzą gangi. Historia rozwija się przez 30 lat i pokazuje, jak narasta spirala przemocy, a dzieci i nastolatki padają jej ofiarami.

Reżyseria, zdjęcia i montaż są zdecydowanie godne Oscarów. „Miasto Boga” ma jedne z najlepszych ujęć, jakie widziałem – brutalne, gwałtowne, nerwowe, przypominające te z „Szeregowca Ryana”. Montaż jest gorączkowy i nierówny, dzięki czemu widzowi zdaje się, że znajduje się w samym środku piekła. Reżyseria jest z kolei nieskazitelna, przez co wszystkie elementy historii gładko tworzą spójną całość.

„Miasto Boga” to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek oglądałem. Fabuła, reżyseria, zdjęcia, montaż i gra aktorska składają się na doskonałe kino, które polecam wszystkim.

Wszystko w porządku

Fabuła filmu przedstawia parę kobiet w średnim wieku – Nic i Jules, które wychowują dwoje nastoletnich dzieci – Joni i Lasera na przedmieściach Los Angeles. Wszystko układa się dobrze aż do 18 urodzin Joni, która za namową brata postanawia odnaleźć ich biologicznego ojca. Na początku pełna obaw, Joni kontaktuje się z bankiem nasienia, gdzie otrzymuje kontakt do Paula – właściciela restauracji, rozrywkowego i ciekawego gościa, który wyraża chęć poznania dzieci, o których nie miał pojęcia. Paul wdziera się niczym burza w spokojne życie rodziny, burząc dotychczasowy porządek i zagrażając stabilności rodzinnego domu swoich pociech.

Plusy: Świetne aktorstwo z wyczuwalną chemią między Nic i Jules. Ale trudno byłoby spodziewać się kiepskiej gry po Annette Benning i Julianne Moore. Również Mark Ruffalo poradził sobie świetnie. Młodzi aktorzy – Mia Wasikowska i Josh Hutcherson wypadli bardzo wiarygodnie i profesjonalnie. Poza tym film jest bardzo dynamiczny i przykuwa uwagę widza.

Minusy: Trudno ocenić, czy to komedia romantyczna, czy dramat familijny. Zwłaszcza pod koniec. Ale ostatecznie wydaje się spójny i prawdziwy.